Życie z astmą

– Nie byłam zaskoczona diagnozą i miałam świadomość, że sama sobie to zrobiłam – mówi Paulina. – Nikt w przychodni mi nic specjalnie nie tłumaczył i nie dawał szczegółowych zaleceń. To była szybka akcja: „Ma pani astmę oskrzelową, tu jest recepta na leki, do widzenia”.
Pulmonolodzy, do których trafiała Paulina, a także lekarze, którzy leczyli ją, gdy miała infekcje, zawsze pytali o to, czy pali. Zapewnia, że za każdym razem mówiła dokładnie, jak dużo papierosów wypala i kiedy zaczęła.
– To byli dla mnie obcy ludzie, więc nie widziałam powodu, żeby kłamać czy coś ukrywać – mówi. – Żaden z lekarzy nigdy nie robił mi uwag na ten temat, nie krytykował ani nie kierował na żadne antynikotynowe terapie. Ani przed diagnozą astmy, ani po, bo kiedy dowiedziałam się, że mam astmę wcale nie przestałam palić. Nie wiem, może tak groźnie wyglądałam, że nie robili mi żadnych wykładów, a może zakładali, że doskonale zdaję sobie sprawę z ryzyka, bo tak rzeczywiście było. Raz tylko sympatyczny lekarz w typie rockmana powiedział: „Może pani będzie miała szczęście i nie dostanie pani przewlekłej obturacyjnej choroby płuc” – wspomina.
POChP była tym, co naprawdę przerażało Paulinę, bo na tę chorobę cierpiała jej mama, więc Paulina wiedziała, jak straszne są objawy.
– Ponieważ dochodzi do niedotlenienia, można powiedzieć, że POChP wyłącza po kolei wszystkie organy. To jest powolne umieranie. Astmy natomiast chyba nie potraktowałam wystarczająco poważnie. Przynajmniej na początku. Tuż po diagnozie nie szukałam nigdzie dodatkowych informacji - tylko zrealizowałam recepty – stwierdza i dodaje, że nie jest zdyscyplinowaną pacjentką: – Jeden lek miałam brać doraźnie, a brałam go bardzo często i więcej „wziewów” niż to było zalecane. Byłam niecierpliwa i kiedy miałam duszności, chciałam od razu poczuć ulgę. W najgorszych dniach sięgałam po ten lek, który miał być „doraźny” nawet pięć razy dziennie. Po wysiłku, w stresie, po wypaleniu większej liczby papierosów…
Czasem pulmonolog kazał jej przyjść na wizytę kontrolną za dwa miesiące, czasem za pół roku.
– Mimo przyjmowania leków, wielkiej poprawy nie widziałam, ale też nie miałam ciężkich ataków. A słyszałam, że może dojść nawet do omdlenia. To na szczęście mnie ominęło. Gorzej było oczywiście wtedy, gdy miałam jakieś infekcje np. bardzo źle przechodziłam COVID. W końcu jakiś lekarz – bo nie trzymałam się jednego specjalisty – dołożył mi lek na noc. Zaproponował: „Niech pani to sprawdzi, to czasem pomaga”. Ten lek z kolei miałam brać codziennie, ale brałam go doraźnie. No taka ze mnie właśnie pacjentka… Nic dziwnego, że też nie zobaczyłam wielkiej poprawy, ale przynajmniej mój stan się nie pogarszał.
NPS-PL-NP-01760-04-2026









