Zatkane rurki

– Zaczęłam palić na studiach. W najgorszych latach dochodziłam do około paczki papierosów dziennie. Całe dorosłe życie średnio raz - dwa razy w roku chorowałam na zapalenie oskrzeli, najczęściej jesienią lub na początku roku. Zaczynało się zwykłym przeziębieniem, a potem się rozkręcało. Nie wiem, czy miałam skłonności do tej choroby, czy zapadałam na nią tak często z powodu papierosów. Pewnie to się nakładało – mówi 52-letnia Paulina i wspomina, że kiedyś miała tak nasilone objawy, że wpadła w panikę: – Myślałam, że się uduszę. Nie mogłam wziąć oddechu. Miałam wrażenie, że kaszlę płucami. I to trwało tydzień! Nie mogłam spać w nocy. Dostawałam histerii. Wyobrażam sobie, że tak się muszą czuć w małym pomieszczeniu osoby z klaustrofobią. Im bardziej się stresowałam, tym bardziej mnie zatykało. Później już miałam taki schemat „ratunkowy”: brałam lek podawany przez nebulizator – specjalne urządzenie do inhalacji, potem ciepły prysznic, bo mnie akurat to rozluźniało, ale wiem, że sposobów, po które ludzie sięgają w takich chwilach, jest mnóstwo. Potem powtarzałam sobie: „spokój, spokój…” i powoli odpuszczało. Oczywiście, przez cały czas trwania infekcji brałam zalecony przez lekarza antybiotyk.
Paulina nie pamięta, co ostatecznie spowodowało, że mniej więcej 15 lat temu zdecydowała się na pogłębioną diagnostykę swoich objawów ze strony górnych dróg oddechowych. Wydaje jej się, że była już zmęczona nawracającym uczuciem „zatkanej rurki”. Sądzi, że zaczęła się z nim borykać mniej więcej po 10 latach palenia - najpierw pojawiało się dość rzadko, potem coraz częściej, aż stało się bardzo uciążliwe.
– To jest takie uczucie, jakby ci ktoś korek włożył – tłumaczy Paulina. – Kaszlesz, bo chcesz sobie to odetkać, ale to nic nie zmienia. Podduszało mnie w wielu sytuacjach - przede wszystkim po zapaleniu papierosa, kiedy się zdenerwowałam oraz po kontakcie z kotami i farbowaniu włosów, bo mam uczulenie na sierść i farby do włosów. Ten dyskomfort bardzo odczuwałam też podczas biegania. Trenowałam kilka razy w tygodniu, ale mój najdłuższy dystans to było tylko 5 kilometrów – i to przebiegnięte z przerwami. Musiałam stawać, nabrać powietrza i czekać aż obniży mi się tętno. Czasem odpoczywałam w miejscu, czasem maszerowałam. Kondycję miałam nienajlepszą, no i brakowało mi tchu. Pewnie poszłam do lekarza także dlatego że chciałam poprawić swoje sportowe osiągi. Mój mąż też biegał, ale jego wydolności z moją w ogóle nie można było porównywać. Biegał na o wiele dłuższe dystanse i nie musiał się zatrzymywać. Nigdy nie palił papierosów i wkurzał się, gdy widział, że ja palę. Mieliśmy na ten temat wiele nieprzyjemnych rozmów. Kiedy byłam chora, lekarze osłuchiwali mnie i ewentualnie zlecali RTG płuc. Zawsze się bałam, żeby nie wyszedł rak. W końcu poszłam do pulmonologa nie z powodu infekcji tylko ciągłego dyskomfortu związanego z oddychaniem, który stopniowo się pogłębiał – wspomina.
Poza badaniami, które Paulina do tamtej pory miała wykonywane, tamtym razem zlecono jej także spirometrię. Podczas tego, zwykle kilkunastominutowego, badania pacjent ma zatkany nos specjalną „klamerką” i oddycha przez ustnik połączony ze spirometrem. Na polecenie technika wykonuje głęboki wdech i gwałtowny wydech, starając się maksymalnie go wydłużyć. To zadanie jest powtarzane kilka razy, żeby uzyskać najbardziej wiarygodny wynik. Jeśli zostanie stwierdzona obturacja, czyli ograniczenie przepływu powietrza przez drogi oddechowe, podaje się lek rozkurczający oskrzela i ponownie wykonuje spirometrię. Wyniki dostarczają informacji na temat pojemności płuc i ewentualnego uszkodzenia dróg oddechowych. Badania spirometryczne pomagają przy diagnozie przewlekłej obturacyjnej choroby płuc (POChP) i astmy. U Pauliny stwierdzono właśnie tę drugą chorobę.
NPS-PL-NP-01761 – 04-2026









