Zwykły chłopak z Łodzi

Jestem Maurycy, mam 40 lat. Zwykły chłopak z Łodzi. Spędziłem pół życia na podwórku, znalazłem się na granicy życia i śmierci, a potem spotkałem Anioła. Zachorowałem, ale jednocześnie dostałem drugą szansę, choć długo tego nie rozumiałem.
Urodziłem się i wychowałem na łódzkich Bałutach - kto zna Łódź ten wie, jakie to klimaty. Jak stara Praga w Warszawie albo Wilda w Poznaniu. Odrapane przedwojenne kamienice, bez łazienki, z wychodkiem w podwórku. No i brama, wejście na podwórko – miejsce spotkań, rozmów, czasem konfliktów. Swoich się tu nie rusza, każdy zna każdego, a dzieciaki wychowują się razem.
Dobrze wspominam dzieciństwo, bywało biednie, ale przemocy nie było. Było nas w domu czworo – dwie siostry i brat, no i ja, najmłodszy z rodzeństwa. Wszyscy jak dorośli rozjechali się po Polsce, tylko ja zostałem na starych śmieciach. Mama zmarła 2 lata temu. Zwyczajnie ze starości. Do końca była dla mnie ważną osobą, choć nie zawsze potrafiłem to okazać.
Muzykę kocham od dzieciaka, wychowałem się w domu, gdzie się grało i śpiewało. Dziadek grywał na harmonii i organkach, czasem wieczorami siadał i grał, a ja słuchałem zahipnotyzowany. Kolega z podwórka miał gitarę. A potem drugą – jego rodzicom powodziło się lepiej niż nam, był jedynakiem. I tak w siódmej klasie miałem już swój instrument, odkupiłem go od tego kolegi, z klatki obok. No jasne, że nie miałem pieniędzy. Przez miesiąc wnosiłem im węgiel do domu, na trzecie piętro. To była ciężka robota, ale czułem, że robię coś ważnego. Wszyscy tu ogrzewaliśmy wtedy mieszkania węglem. Teraz mamy piece na gaz. I tak oto gitara stała się moja, a ja byłem z siebie dumny.
Niedługo potem założyliśmy zespół. Ten sam kolega pokazał mi kilka akordów. Zacząłem ćwiczyć godzinami. I tak to się zaczęło – pasja, która dawała mi poczucie sensu. Jeden z kolegów z naszego zespołu mieszkał w przedwojennej willi, którą dzieliło kilka rodzin. U niego w piwnicy mieliśmy próby. Mieliśmy po 15 lat. Graliśmy ostry rock, trochę bluesa. Czuliśmy się jak prawdziwi muzycy. Przez całą zawodówkę. A później coraz rzadziej. Zaczęły mnie interesować bardziej inne rzeczy - imprezy, papierosy, alkohol, narkotyki. To przyszło powoli, prawie niezauważalnie.
Myślałem, że można połączyć jedno z drugim, to znaczy życie imprezowe z muzyką, przecież tak robili wszyscy rockmeni. Mnie się to nie za bardzo udawało. Nieraz grałem na próbach na haju po marihuanie, a jeszcze potem po innych dragach. Byłem pewien, że osiągam szczyty Hendrixa. Ale kiedy potem to odsłuchiwałem, na trzeźwo, okazywało się, że to zwykły chłam. To był pierwszy sygnał, że coś jest nie tak, ale go ignorowałem.
Jeden z kumpli z zespołu wyprowadził się z rodzicami do innego miasta, drugi wziął się za naukę, a potem ożenił i założył rodzinę, zniknął stąd. Tu, gdzie mieszkałem, zrobiła się jakaś taka posucha. Sam z siebie niewiele już robiłem w kierunku muzycznym. Pracowałem dorywczo, a to co zarobiłem wydawałem na zabawę, alkohol i marihuanę. Żyłem z dnia na dzień, bez planu i bez refleksji.
Miałem 20, może 21 lat, kiedy mój organizm po raz pierwszy odmówił współpracy. Dostałem psychozy, trafiłem do szpitala, diagnoza: zespół paranoidalny. Ponad dwa miesiące spędziłem na oddziale. Dostałem leki. Po wyjściu raz je brałem, a raz nie brałem. Kontynuowałem dotychczasowy tryb życia, jakby nic się nie stało. Dwudziestolatkowi z takiego środowiska jak moje cały czas wydawało się, że morze jest po kolana.
A to gdzieś coś komuś rozładowałem, a to odmalowałem mieszkanie, a to przy jakiejś rozbiórce się załapałem do roboty, czasem grałem na jakiejś imprezie (w sumie nieźle na tej gitarze wymiatałem) i tak zarabiałem. Na czynsz i życie towarzyskie. Rodzice byli tolerancyjni, może zbyt tolerancyjni, ale pewnie nie wiedzieli, jak inaczej mi pomóc.
NPS-PL-NP-01813-05-2026









