Maurycy, co ty wyprawiasz?

Do 31. roku życia byłem na oddziale zamkniętym dwa albo trzy razy. Trochę rozmywa mi się w pamięci ta moja przeszłość. Ale teraz, kiedy od 10 lat jestem trzeźwy, to sobie uświadamiam, że sporo wyparłem.
Dziewczyny? Owszem. Miałem powodzenie – przystojny, wesoły i z kasą na zabawę. Oczywiście miałem pragnienie bliskości, poznawałem świetne, wspaniałe dziewczyny, ale nie potrafiłem żadnego związku zatrzymać na dłużej.
I w końcu przyszedł ten dzień, kiedy świat mi się zawalił. A moje życie zmieniło się o 180 stopni. Trafiłem do szpitala psychiatrycznego, tym razem w bardzo ostrej psychozie. Wielokrotnie unieruchamiano mnie w pasach. Byłem agresywny i pobudzony. To mi dało do myślenia: Maurycy, co ty wyprawiasz?
Dostałem tak silnej psychozy, że nie wiedziałem, czy jeszcze żyję czy śnię? Czy jestem już w piekle? Na niebo nie liczyłem. Nie rozumiałem co się ze mną dzieje. Miałem zwidy, halucynacje, słyszałem głosy, wszystkie objawy towarzyszące schizofrenii, a nawet więcej. Stan, w którym wtedy się znalazłem był dla mnie dramatycznym doświadczeniem. Zanim do tego doszło używałem dużo różnych środków halucynogennych.
Kiedy po trzech czy czterech miesiącach wyszedłem z psychozy usłyszałem diagnozę: schizofrenia paranoidalna. Mentalny i fizyczny powrót do realu był dla mnie wyjątkowo trudny, rzeczywistość okazała się bolesna. Przestraszyłem się tego stanu pomiędzy życiem a śmiercią. Wreszcie uświadomiłem sobie, w jakiej jestem nędznej sytuacji, w wieku zaledwie 31 lat. Od tego momentu zacząłem się ogarniać. W tym szpitalu spędziłem wtedy prawie pół roku.
Poszedłem na terapię. Zacząłem ją już w szpitalu. Na oddział przychodziła młoda pani psycholog, typ ideowca, idealistki. Bardzo mi pomogła, pokierowała mnie na grupę wsparcia. Zacząłem korzystać z różnych programów skierowanych dla ludzi po kryzysie psychicznym. I programu wspierającego ludzi przeciwko wykluczeniu z rynku pracy, dla takich jak ja, z diagnozą, i również dla bezdomnych. Poznałem ludzi, którzy z powodu choroby trafili na ulicę, otarli się właśnie o bezdomność. Ja wciąż miałem dom i dokąd wracać. Zacząłem doceniać to, co jeszcze mi pozostało, w zderzeniu z tym, jak źle mieli inni.
Na grupie wsparcia, dla osób po kryzysie psychicznym, poznałem Basię. Była z zupełnie innej bajki niż ja. Jedynaczka, z lekarskiej rodziny – rodzice i dziadkowie lekarze, brat stomatolog. Basia jest pięć lat starsza ode mnie. Skończyła medycynę i robiła specjalizację z pediatrii. Na studiach zakochała się w koledze z roku. Zaszła w ciążę, a gość ją zostawił. Mieszkała cały czas z rodzicami, którzy obiecali, że pomogą jej wychować dziecko. Niestety w 6. miesiącu urodziła martwą córeczkę. Wróciła jeszcze do pracy na oddziale intensywnej terapii noworodka. A potem zaczęła chorować.
NPS-PL-NP-01814-05-2026









