Basia – mój Anioł

Getty Images / 10’000 Hours

Choroba zaczęła się ujawniać u Basi mniej więcej w wieku 35 lat, u kobiet schizofrenia rozwija się później niż u mężczyzn. To był moment, który całkowicie zmienił jej życie i kierunek, w którym wcześniej zmierzała. Po psychozie nie wróciła do pracy w szpitalu, choć wcześniej była z nią bardzo związana i traktowała ją nie tylko jako zawód, ale też powołanie. W fundacji wspierającej dzieci z trudną sytuacją rodzinną, z rodzin patologicznych prowadzi zajęcia z rysunku i muzyki, to forma arteterapii. Daje jej to poczucie sensu i kontakt z drugim człowiekiem, choć w zupełnie inny sposób niż kiedyś.

Nie powiedziałem jeszcze, że jako dziewczynka i nastolatka skończyła szkołę muzyczną pierwszego i drugiego stopnia w klasie fortepianu. Jest bardzo utalentowana artystycznie, ma w sobie ogromną wrażliwość, którą widać w tym, co robi. Kiedy pracuje z dziećmi, potrafi do nich dotrzeć, uspokoić je, zainteresować, a czasem po prostu być obok nich, co dla niektórych z nich jest najważniejsze.

Zbliżyliśmy się do siebie na tej grupie. To nie stało się od razu. Najpierw były zwykłe rozmowy, takie jak między ludźmi, którzy próbują poukładać swoje życie. Nie wiem, dlaczego w ogóle zwróciła na mnie uwagę. Do dziś się nad tym zastanawiam. Może zobaczyła we mnie coś, czego ja sam wtedy jeszcze nie widziałem.

Jesteśmy razem 8 lat. Jej rodzina mnie toleruje, a może nawet akceptuje, choć wiem, że na początku nie było to dla nich oczywiste. Dwa lata temu, po śmierci mojej mamy, Basia przeprowadziła się do mnie. To był dla mnie ważny moment – pierwszy raz poczułem, że tworzę z kimś prawdziwy dom, a nie tylko miejsce do mieszkania.

Wyremontowałem mieszkanie, zrobiłem łazienkę – za dzieciaka pomagałem ojcu przy różnych remontach, nauczyłem się trzymać w ręku młotek, wiertarkę, robić drobne naprawy w domu – cieknący kran, zatkany syfon w kuchni, wymienić gniazdko. Takie rzeczy, które kiedyś wydawały się zwyczajne, dziś dają mi poczucie sprawczości. Pomogli nam dobrzy ludzie i rodzina Basi. Bez tego byłoby znacznie trudniej.

Mam rentę inwalidzką drugiej grupy i pracuję w obszarze pracy chronionej – sprzątam w domu opieki społecznej, jestem tam człowiekiem do wszystkiego. Pomagam też w opiece nad pensjonariuszami. To nie jest łatwa praca, ale daje mi poczucie, że jestem potrzebny, że robię coś pożytecznego.

Wróciłem do gry na gitarze. To już nie jest ucieczka jak kiedyś, tylko coś, co mnie uspokaja i porządkuje. Prowadzę charytatywnie zajęcia z podstaw gry dla dzieci, w tej samej placówce co Basia. Opowiadam też dzieciakom o swoich doświadczeniach z alkoholem i narkotykami, żeby je przestrzec przed tym, czego sam kiedyś doświadczyłem. Może choć jedno z nich wyciągnie z tego coś dla siebie.

Los nie jest sprawiedliwy. Wiem, że na to, że mój mózg się zbuntował, w dużej mierze sam sobie zapracowałem. Nie mam nawrotów, jestem trochę ociężały po lekach i mam nadwagę, ale jestem stabilny. Basia nie ma pełnej remisji. Psychozy wracają i to jest coś, z czym uczymy się żyć każdego dnia.

Nigdy nie będzie mieć dzieci, to już pewne. Czasem o tym rozmawiamy, czasem milczymy. Przypuszczam, że byłaby bardzo dobrą matką. Jest odpowiedzialna, wrażliwa i opiekuńcza. Ma w sobie coś, co trudno nazwać, ale co sprawia, że inni czują się przy niej bezpiecznie.

Nie czuję się dumny ze swojego wcześniejszego życia. Przez wiele lat żyłem jak pasożyt, bez odpowiedzialności i bez celu. Sam wybrałem życie, o jakim opowiedziałem. To nie przyszło z zewnątrz, to były moje decyzje.

Co się stało, że się zatrzymałem? Stał się cud, inaczej nie można tego nazwać. Dopiero mając 30 lat, zacząłem uczciwie walczyć o siebie. To nie przyszło od razu, to był proces, który trwa do dziś.

Żyję na kredyt. Kredyt zaufania od świata, od życia. Podejrzewam, że gdybym dalej robił to, co robiłem wcześniej, to byśmy dzisiaj nie rozmawiali. Ta myśl często mnie zatrzymuje i przypomina, gdzie mogłem skończyć.

Żyję dniem dzisiejszym. A jak się jutro obudzę żywy, to będę żył dniem jutrzejszym. Prowadzę higieniczny tryb życia, dbam o siebie na tyle, na ile potrafię. Biorę regularnie leki, nie ląduję już w szpitalach i to samo w sobie jest dla mnie ogromną zmianą.

Była w moim życiu osoba, która była dla mnie w dzieciństwie bardzo ważna. Dziadek. Jak byłem mały, zabierał mnie do lasu. Na jagody, na grzyby. Chodziliśmy, patrzyliśmy na przyrodę. Pamiętam duże mrowiska. Dziadek mówił do mnie: zobacz takie małe, a jaki duży kopiec zbudowały. Byłem wtedy szczęśliwy. To były proste chwile, ale dziś widzę, jak bardzo były ważne.

Potem nie chciałem się odróżniać od kolegów z podwórka. Chciałem być taki jak oni, nie lepszy, nie inny. I to mnie wciągnęło w życie, które ostatecznie mnie prawie zniszczyło.

No więc życie nie jest niesprawiedliwe. Bo taka Basia – zdolna i pracowita, z dobrej rodziny, z perspektywami. Nawet papierosów nigdy nie paliła. Anioł. A choroba dopadła ją bardziej niż mnie.

Dlaczego…?
Nie wiem.
Ale wiem jedno – dostałem drugą szansę.
I nie chcę jej zmarnować.

NPS-PL-NP-01815-05-2026

Znalazłem ten artykuł:


Może zainteresuje Cię również…

article

Gdy ciśnienie Ci podskoczy

article

Problem dużej wagi

article

Zastrzyki nadziei

article

Ja tego zawału nie powinienem mieć

article

Po zawale

article

Zawal

article

Maurycy, co ty wyprawiasz?

article

Zwykły chłopak z Łodzi

article

Co mi leży na sercu

article

Z ręką na sercu