1. ODCIENIE ZDROWIA
  2. Wszystkie artykuły
  3. Jak przeżyć zawał serca i nauczyć się żyć na nowo

Jak przeżyć zawał serca i nauczyć się żyć na nowo

Image Credit: Jeff Breece

Życie może czasami przypominać wyznaczanie trasy na mapie. Od momentu, gdy w wieku 20 lat stajemy się świadomi tego, kim jesteśmy, aż do chwili, gdy wydamy ostatnie tchnienie. Możemy zdecydować, że na każdym etapie naszej drogi analizujemy aktualną sytuację i odpowiednio dostosowujemy do niej dalszy kierunek. Albo możemy po prostu podążać przez cały czas w tym samym kierunku, który obraliśmy na początku podróży.

Zdarzają się jednak chwile, kiedy fałszywe tropy lub nieoczekiwane zdarzenia losowe kierują nas na inną drogę. Czasami, diametralnie inną. Ten post opowiada o sytuacji w moim życiu, kiedy musiałem zmienić kierunek, w jakim podążałem po rozległym zawale serca , który sprowadził mnie na szlak osób z chorobami układu krążenia.

Wróciłem z Teksasu do mojego rodzinnego stanu Ohio, gdzie pracowałem dla małej firmy technologicznej i zajmowałem się obsługą czterech czy pięciu klientów. Moja praca polegała na pisaniu kodów i współpracy z firmami w celu dokładnego poznania i realizowania ich celów związanych z cyfryzacją, co oznaczało, że pracowałem w praktyce od 60 do 70 godzin tygodniowo.

Jednocześnie starałem się wrócić do formy fizycznej sprzed pobytu w Teksasie, ćwicząc 5 dni w tygodniu w miejscowej siłowni. W wieku 46 lat podnosiłem ciężary i odżywiałem się zdrowo, aby przygotować się na nadchodzącą pięćdziesiątkę.

Wszystko szło świetnie. Byłem na dobrej drodze do awansu w mojej firmie. Jak zwykle, moje coroczne badanie kontrolne wykazało, że cieszę się dobrym zdrowiem. Nabierałem sił i lepszej kondycji po blisko roku intensywnych ćwiczeń na siłowni. Czułem się świetnie i miałem przeświadczenie, że mam kontrolę nad swoim życiem.

Pewnego ranka obudziłem się z lekko nieprzyjemnym uczuciem w lewym ramieniu i środkowej części klatki piersiowej. Ale zrzuciłem to na karb treningu poprzedniego wieczora, podczas którego wykonywałem martwy ciąg i wyciskanie na klatkę piersiową. Mimo to, nie mogłem pozbyć się dziwnego uczucia, że coś jest nie tak.

Czułem jakby brakowało mi czegoś, czego nie byłem w stanie określić. Miałem ochotę rozciągnąć palcami obraz, jak na ekranie iPhona, żeby zobaczyć bliżej to czego nie mogłem dostrzec. To uczucie mnie już nie opuściło. Nie potrafiłem wymyślić żadnego wytłumaczenia, które pomogłoby mi pozbyć się złego samopoczucia. Za kilka godzin miałem jednak spotkanie z klientem, więc starałem się zrobić wszystko co było możliwe, żeby je stłumić. Zrobiłem sobie kawę, wziąłem prysznic, ubrałem się i zabrałem się do pracy.

Kiedy wsiadłem do samochodu i ruszyłem na pierwsze spotkanie tego dnia, zauważyłem, że moje czoło jest wilgotne od potu. Był to ostatni dzień marca, czyli - jak wie to każdy, kto spędził trochę czasu na Środkowym Zachodzie - dzień równie chłodny jak w środku zimy. Tego dnia, nie byłem ani rozgrzany, ani wyczerpany wysiłkiem.

Wtedy znów dopadło mnie to uczucie. Wiedziałem już, że coś jest nie tak. Zmieniłem więc trasę i udałem się do najbliższej izby przyjęć, gdzie po krótkim oczekiwaniu zostałem podłączony do aparatu EKG. Mimo, iż moje ciśnienie krwi było poza normą, po raz pierwszy w historii, moje EKG było całkowicie prawidłowe.

W ten sposób znalazłem się pod obserwacją przez następne 12 godzin. Jednym z narzędzi diagnostycznych używanych przez lekarzy do sprawdzenia, czy twoje serce jest zagrożone test enzymatyczny zwany oznaczaniem troponin. Pierwszy z trzech wyników był absolutnie normalny, ale drugi już nie. W tym momencie wszyscy oprócz mnie wiedzieli, że już, że nie jest ze mną dobrze.

Lekarz miał pierwotnie zamiar wysłać mnie na scyntygrafię wysiłkową serca, aby poszukać zatorów następnego ranka, ale po dokładnym przyjrzeniu się moim tętnicom sercowym skończyło się na wysłaniu mnie bezpośrednio na cewnikowanie serca i zabieg wszczepienia stentu. Stwierdzono poważny zator w lewej tętnicy zstępującej przedniej (LAD), zwanej odcinkiem „wdowim”. Po operacji zadzwoniłem do moich rodziców, małżonka i najlepszego przyjaciela, którzy czekali na mnie, kiedy zostałem wywieziony na wózku, żeby się ze wszystkimi spotkać. Wszystko działo się tak szybko, że zanim się zorientowałem, byłem już na oddziale rehabilitacji.

Początek długiej podróży

W kolejnym tygodniu przekonałem się, że szpitalna część tego doświadczenia była najłatwiejsza. O tym, co dzieje się po przejściu takiego zdarzenia ludzie wiedzą zdecydowanie za mało.

Nierzadko, po przebytym zawale serca może wystąpić ciężka depresja i lęk. Z badań wynika, że aż 33 procent pacjentów po zawale serca wykazuje objawy pewnego stopnia depresji.

Nigdy nie miałem tego rodzaju problemów wcześniej, a jednak kilka dni po zawale stwierdziłem, że nie mogę spać. Mój umysł był nadmiernie pobudzony. Czułem się tak, jakbym dostał granat z wyciągniętą zawleczką i musiał nosić go w kieszeni koszuli przez cały czas, nie wiedząc, kiedy eksploduje.

Rozmawiałem z moją ciotką, której mąż zmagał się przez długi czas z chorobą nowotworową i to ona właśnie podzieliła się ze mną jednym ze swoich sposobów na radzenie sobie z tym problemem. Powiedziała mi, żebym każdego ranka, zanim ubiorę się rano, stanął przed lustrem, nago, z potarganymi włosami i rozczochraną brodą, z zaspanymi oczami.

 “Powiedz do siebie: Miałem zawał serca”, poradziła mi.

“Codziennie?” Zapytałem.

 “Tak, każdego dnia.”

Pokonywanie depresji i lęku

Po kilku miesiącach, kiedy mój stan emocjonalny stał się nie do zniesienia, umówiłem się z terapeutą. Powiedział mi, że jest to jedna z najlepszych rad, jakie mogłem otrzymać, ponieważ pomaga szybciej znaleźć się na "ścieżce prowadzącej od etapu żalu i smutku do celu, którym jest akceptacja". Przedstawił mi także pewną technikę, której początkowo się opierałem, ponieważ wydawała mi się zbyt "miękka" (innymi słowy, nie dość męska).

Tak, byłem dokładnie „typowym facetem". Odciętym od emocji. Potrafiącym samodzielnie rozwiązywać swoje problemy. Nie potrzebowałem niczyjej pomocy. Wiecie już co mam na myśli.

Rada terapeuty polegała na wyobrażeniu sobie każdego ataku lęku jako osoby, która się o mnie troszczy. Wszystko, co musiałem zrobić, to zapewnić tę osobę, że nic mi nie jest, podziękować jej za troskę i poprosić, żeby odezwała się do mnie za jakiś czas. Jak się później dowiedziałem, był to mechanizm pozwalający wykorzystać lęk jako narzędzie do zachowania czujności, ale nie pozwalający wciągnąć mnie w spiralę ciemności. Zajęło mi to lata praktyki, ale w końcu pozbyłem się lęku i zaakceptowałem swój stan.

Prawdę powiedziawszy, nie ma dnia, żebym nie myślał o granacie w kieszeni koszuli (teraz, gdy to piszę, minęło już mniej więcej pięć lat). Przypuszczam, że właśnie dlatego zacząłem biegać zamiast podnosić ciężary, jak to robiłem wcześniej. Bieganie miało pozwolić mi oderwać się od uporczywych myśli w głowie.

W książce o medytacji, którą czytałem znalazłem porównanie do tzw. „konia wiatru". Chodziło o to, że nasze umysły są jak dzikie konie, które mają mnóstwo energii, biegają i skaczą na wszystkie strony, potem znów galopują na oślep, aż w końcu zmęczone wysiłkiem zatrzymają się. Dopiero kiedy nasz umysł jest wyczerpany, kontrolę przejmuje ciało i wtedy możemy zregenerować się i odetchnąć.

Bieganie po ścieżkach w pobliżu mojego domu nad rzeką przez pierwsze trzy lata po zawale serca było dla mnie właśnie takim doświadczeniem. Często zdarzało mi się płakać podczas coraz dłuższych biegów treningowych. Z czasem było to nawet około 20 mil, kiedy nabrałem sił i kondycji. Obserwowałem zmiany pór roku. Biegałem bez koszulki podczas ciepłych letnich burz. Uwielbiam to uczucie. Oglądałem wiele wschodów i zachodów słońca. Skończyło się na tym, że zdarłem pięć par butów do biegania (każdy, kto biega wie, że to około 1500 mil). Mimo to odkryłem, że bez względu na to, jak daleko biegłem, nie byłem w stanie uciec przed moimi stałymi towarzyszami: lękiem i depresją.

Jak dotąd wszystkie moje coroczne badania kardiologiczne wypadły świetnie. Zażywam leki, które przepisał mi kardiolog. Pilnuję swojego ciśnienia krwi i poziomu cholesterolu. Trzymam w ryzach moją dietę, starając się jednak nie rezygnować z ulubionych potraw. I pracuję nad obniżeniem stresu. Są to dla mnie elementy większej całości, gdy spojrzymy na swoje zdrowie jak na zbiór wielu różnych czynników.

Postanowiłem wejść na górę Mount Hood w Portland, Oregon z moim najlepszym przyjacielem i zdobyć szczyt zwany McNeil's Point. Było to dla mnie wielkie wydarzenie.

Trzeba jednak pamiętać, aby przed podjęciem takiego wyzwania najpierw skonsultować się z lekarzem. Ja tak zrobiłem i w rezultacie dostałem zgodę. Rzeczą, która najbardziej mnie przerażała, była myśl, że na zboczu góry nie ma zasięgu sieci komórkowej. Nie można zadzwonić pod numer alarmowy. Żadnego wzywania pogotowia. Tylko ja, mój przyjaciel i góra.

Ale najśmieszniejsze jest to, że szybko przestałem się martwić. Podobnie jak podczas biegania. Tak, brakowało nam tchu z powodu zmiany wysokości (oraz dodatkowych 18 mil jakie musieliśmy pokonać pieszo, kiedy zabłądziliśmy). Ale ten moment kiedy usiadłem na grani, obok dużej skały, słuchając wiatru wiejącego nad zboczem góry, stał się dla mnie początkiem pięcioletniej drogi powrotu do aktywności w terenie.

Obecnie, mniej więcej dwa razy w miesiącu wybieram się na dwudniowe wędrówki piesze z noclegiem po drodze. Przeszedłem całe pasmo Smokies i Dolly Sods, 100 mil w ciągu sześciu dni, wspinałem się na Olympic Mountains, Big South Fork aż do Yahoo Falls, wędrowałem w okolicach Cumberland Falls i odwiedziłem wiele innych miejsc. Te wycieczki są dla mnie sposobem na skonfrontowanie się z wyborem: czy chcę żyć w strachu przed granatem w kieszeni koszuli, czy też odłożyć go na chwilę i oddychać świeżym, górskim powietrzem, pachnącym sosną.

Kiedy czuję słońce na mojej skórze jestem po prostu wdzięczny za niesamowite przeżycia, których nie doświadczyłbym chowając się w ciemnych zakamarkach mojego umysłu.

Wybór pomiędzy cieszeniem się życiem a strachem

Dziś jestem już o wiele dalej na szlaku zmagań z chorobą serca, a mimo to nadal nie zawsze wiem, gdzie i kiedy mogą pojawić się kolejne przeszkody. Czuję jednak, że dzięki tej walce staję się lepszy. Przed zawałem serca trudno mi było dzielić się z ludźmi moimi uczuciami, teraz jestem bardziej otwarty i nie boję się prosić o pomoc, kiedy potrzebuję wsparcia emocjonalnego. Nie chowam w sobie tak wiele, ani tak długo, jak zdarzało się to w przeszłości. Potrafię płakać, kiedy czuję taką potrzebę, albo śmiać się, kiedy mam na to ochotę. I nie czuję się już bezsilny ani przerażony. Nikt nie powinien się tak czuć.

Strach jest naturalnym uczuciem - a w niektórych przypadkach bywa pomocny - ale bycie definiowanym przez strach jest naszym wyborem. Tak samo jak wyborem jest skupienie się na życiu, które mamy i cieszenie się każdą minutą i każdym oddechem. Niezależnie od naszych fizycznych możliwości i rozwoju dolegliwości jakie nas trapią, wspomnienia, jakie pielęgnujemy, uczucie radości i miłości, którym się dzielimy, wszystko to wraca do nas w pewien sposób. Tak jak wiatr odbija się echem od drzew na łąkach .

Planowanie przyszłości

Wraz z nowym rokiem, mam zamiar kontynuować robienie tego, co sprawia mi obecnie największą przyjemność. Wykonywać interesującą pracę. Wspierać ludzi w moim życiu. Dopuszczać inne osoby do mojej głowy i serca. Spędzać jak najwięcej czasu na świeżym powietrzu, odkrywając pola, lasy i strumienie gdziekolwiek droga mnie zaprowadzi, zawsze z uśmiechem na ustach.

Mam nadzieję, że w przyszłości będę mógł podzielić się większą liczbą swoich historii z każdym, kto w jakiś sposób może skorzystać z moich doświadczeń. Ucząc się na nowo żyć z chorobą serca, musiałem przejąć kontrolę nad swoim zdrowiem jako właściciel i użytkownik ciała, które przeszło atak serca, dbając o równowagę pomiędzy przestrzeganiem nowego zestawu reguł, a dążeniem do osobistego spełnienia.

Na zakończenie chciałbym podzielić się z Wami pewną refleksją, które zawsze wywołuje uśmiech na mojej twarzy, kiedy czasami robi się ciężko. Dla mnie jest ona kluczem do wszystkiego. Nie skupiajmy się na naszych chorobach i wynikających z nich ograniczeniach i nauczmy się patrzeć na nie tak jak powinniśmy: to tylko lekka zmiana kursu na drodze, na której my jesteśmy nadal sobą.

„Naprzód!”

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------

NPS-PL-NP-00241-03-2021

Znalazłem ten artykuł:

Udostępnij tą stronę:


Może zainteresuje Cię również…