1. ODCIENIE ZDROWIA
  2. Wszystkie artykuły
  3. Jak niemal pękło mi serce

Jak niemal pękło mi serce

Powalający ból, potem solidny strach, aż wreszcie ulga, bo całą akcję ratunkową - od pojawienia się objawów do znalezienia się na stole operacyjnym - udało się zamknąć w 40 minutach, czyli - jak mówią kardiolodzy - w „złotej godzinie”. Jeśli w takim czasie opanuje się nawet rozległy zawał, serce po wyleczeniu pozostanie bez uszczerbku, zdrowe. Wojciech, który doświadczył tzw. wczesnego zawału, miał więc wyjątkowe szczęście.

- To był weekend sierpniowy, dziewięć lat temu. Pojechaliśmy z rodziną do bliskich nad morze - opowiada Wojciech. - Miałem wielki fart w odniesieniu do kilku decydujących okoliczności. Po pierwsze, choć ból, jaki poczułem, nie był typowo zamostkowy, bo pojawił się z lewej strony w okolicach obręczy barkowej, to jednak miał takie nasilenie, że nie dał się zignorować. Poczułem jakby moje ramię rozgniatała noga słonia. Nie miałem duszności, nie straciłem przytomności, ale ból mnie powalił. Byliśmy z rodziną na ulicy, kiedy to na mnie spadło. Zaraz ktoś wezwał karetkę. Gdybym był w domu, nawet niekoniecznie sam, pewnie opadłbym na lóżko, wziął coś przeciwbólowego i czekał na poprawę swojego stanu, tracąc tym samym bezcenny czas. Tak postąpił mój młodszy kolega, który przez kilka dni przechodził zawał, sądząc, że gniecie go w mostku zgaga. Po trzech dniach niestety zmarł.

Szczęście w nieszczęściu

Po raz kolejny szczęście mi sprzyjało, kiedy karetka, w której udzielono mi już wstępnej pomocy, utknęła w korku. Paradoksalnie okazało się to korzystne, ponieważ dalszą podróż do szpitala odbyłem transportem najszybszym z możliwych, czyli helikopterem. Kiedy dotarłem na oddział, lekarze byli dobrej myśli, zważywszy właśnie na krótki czas od ataku. Poczułem wtedy dużą ulgę: od bólu i od strachu. Lęk nie towarzyszył mi od początku, lecz właściwie od chwili, gdy w karetce, na monitorze umieszczonym nad moją głową, wyświetliła się diagnoza i zobaczyłem napis: rozległy zawał serca.

W szpitalu w Szczecinie zoperowano mi lewą, chorą tętnicę, wstawiając w nią kilka stentów, czyli pierścieni rozszerzających i ułatwiających swobodny przepływ krwi. Po powrocie do Warszawy podobny zabieg miałem zrobiony na naczyniu z drugiej strony. Moje serce jest od tamtej pory w pełni zdrowe i funkcjonuje już prawie dekadę bez zarzutu.

To nie były operacje na otwartym sercu, lecz angioplastyka tętnic, czyli wprowadzenie za pośrednictwem tętnicy udowej balonika wypełnionego powietrzem, a w ślad za nim stentu do tętnic sercowych. Wszystko odbyło się bez narkozy, a jedynie pod znieczuleniem miejscowym. Rekonwalescencja domowa trwała pół roku - na tyle dostałem zwolnienie, żeby ustabilizować organizm, ustawić leki, oderwać się od stresów i wyciszyć oraz mieć czas na spacery do 5 km dziennie. Dziś czuję się świetnie, żyję normalnie, choć pod kontrolą lekarzy, biorę cztery różne lekarstwa, a moje serce pracuje miarowo.


NPS-PL-NP-01119-11-2023

Znalazłem ten artykuł:

Udostępnij tą stronę:


Może zainteresuje Cię również…

Z ręką na sercu

Dowiedz się więcej

Co mi leży na sercu

Dowiedz się więcej

Moi rodzice mieli cukrzycę, tata z jej powodu stracił nogę. Dlatego sama zaczęłam u siebie podejrzewać to schorzenie.

Dowiedz się więcej