1. ODCIENIE ZDROWIA
  2. Wszystkie artykuły
  3. Gdy ciśnienie Ci podskoczy

Gdy ciśnienie Ci podskoczy

Anna zmaga się z zespołem metabolicznym, nie jest jednak książkowym przykładem tego splotu schorzeń. Dużo czasu zajęło jej osiągnięcie pierwszych rezultatów leczenia. Tak, jak sporo zajęło lekarzom postawienie pełnej diagnozy.

Miałam zaledwie trzydzieści parę lat, gdy pojawiły się zawroty głowy i może dlatego lekarze nie łączyli takich objawów z zaburzeniami metabolicznymi. Przyczyny szukano w głowie, kręgosłupie i sercu. Miałam robione rezonanse, echo serca, chodziłam z holterami. Ostatecznie nie stwierdzono poważnych zaburzeń, ujawniło się natomiast skaczące ciśnienie. Jest ono niskie w nocy, gdy śpię i raptownie podnosi się wraz z rozpoczęciem przeze mnie aktywności po przebudzeniu. To kłopotliwa i groźna przypadłość, bo nie można leczyć nadciśnienia, skoro jest ono tylko okresowe. A rozpiętość potrafiła być duża: w nocy 80/60 a w dzień do 170. Dodatkowo, groźny jest ten gwałtowny wzrost ciśnienia zaraz po przebudzeniu. Muszę się wolno rozkręcać do codziennego funkcjonowania, żeby łagodzić skok ciśnieniowy. Lekarze ostrzegali mnie, że ten moment jest newralgiczny i stanowczo zakazali kawy i wysiłku fizycznego, włączając w to nawet lekki poranny jogging.

Nie włączono mi stałej terapii w celu wyregulowania ciśnienia, lecz jedynie lek doraźnie je obniżający. Kiedy zaczyna mnie boleć głowa, czuję się rozpalona, a oczy mam jakby wysuszone, wiem, że ciśnienie skoczyło i mogę wtedy zażyć tabletkę, dającą ulgę i poczucie bezpieczeństwa, że - jak to mówią – „krew mnie nie zaleje”.

Mniej więcej dziesięć lat temu poczułam, że coś niepokojącego ponownie dzieje się z moim zdrowiem, ponieważ stale byłam zmęczona. Znów zaczęła się parada po gabinetach i oddziałach szpitalnych. Byłam w tym zadaniu pokorna, bo w przeciwieństwie do mojego brata - który też choruje, jednak swoje nadciśnienie przekraczające nawet 200 długo lekceważył – mam świadomość zagrożenia. Zawał czy wylew nie zawsze oznacza szybką śmierć. Równie dobrze może skończyć się wieloletnim kalectwem czy paraliżem. A taka wizja totalnie mnie przeraża.

Co ciekawe, najpierw w wynikach moich badań pojawiły się wartości zwalające z nóg - cukrzyca, trójglicerydy na poziomie ponad 1000, a o wartościach cholesterolu napisano: „powyżej 500, niemierzalny, jeśli chodzi o podział na frakcje”. Dopiero potem zaczęłam tyć i upodabniać się do krewnych. Wtedy już przyrost wagi, przy niezmienionych warunkach funkcjonowania, był zaskakujący. Tyłam wyraźnie i nic nie mogłam na to poradzić. Stosowałam różne diety, tymczasem zamiast szczupleć, nadal czułam, że jest mnie więcej. Na skutek tego wszystkiego wpadłam w depresję.

Trafiłam do lekarki endokrynolożki, która stwierdziła rozległy, zaawansowany zespół metaboliczny. I to był konkret. Lekarka bywała jednak dość okrutna, zagrzewając mnie do boju z nadwagą - mówiła np. „Kobieta w ciąży po porodzie wróci do normy. A Pani?”. Na szczęście lekarka psychiatrka wsparła mnie antydepresantami. W efekcie udało się jedynie zatrzymać chorobę na stałym poziomie. Nie tyłam, lecz również nie chudłam. Zgodnie z zaleceniami codziennie biegałam po 5 kilometrów i to pod czujnym okiem mojej matki, bo mama jest młoda i zawzięta: nie odpuszcza, nie folguje mi.

Zaczęłam też studiować etykiety produktów spożywczych i indeks glikemiczny. Pierwszy wniosek był taki, że ludzie tacy jak ja nie mają co jeść, skoro cukier jest wszędzie. Drugi, że mam niefart, bo nawet bataty, potencjalny zamiennik ziemniaka z niskim indeksem, dla mnie jest… za słodki.

NPS-PL-NP-01218-03-24

Znalazłem ten artykuł:

Udostępnij tą stronę:


Może zainteresuje Cię również…